niedziela, 16 listopada 2014

Maybelline Color Whisper, czyli poszeptujmy o kolorze nieco

Produkty, które Wam dziś pokażę testuję już od dość dawna. Na blogach pewnie widziałyście recenzje ale ja mimo wszystko chciałabym Wam przedstawić swój punkt widzenia i przypomnieć o ich istnieniu bo w blogosferze ten temat nieco ucichł. Mowa tu o żelowych szminko-błyszczykach marki Maybelline Color Whisper.


Swojego czasu bardzo popularne były kosmetyki, które miały formułę szminki, natomiast na ustach dawały efekt błyszczyka. Przyznać muszę, że to dość praktyczny produkt i na co dzień chętnie po takowy sięgam, zwłaszcza jak rano w pośpiechu wykonuję makijaż do pracy.

W swoich zasobach mam sześć odcieni z tej serii i krótko opowiem o każdym z nich, ale jeszcze zanim przejdę do sedna, chciałabym tylko dodać, że pod względem właściwości pielęgnacyjnych, czy jeśli mowa o trwałości, wszystkie mają bardzo podobną, jeśli nie identyczną, charakterystykę. Nie wysuszają ust, wręcz je delikatnie nawilżają. Trzymają się całkiem nieźle (jak na tak delikatne produkty oczywiście), choć poprawki w ciągu dnia są koniecznością. Dają piękne, połyskujące wykończenie.


Paleta dostępnych kolorów jest całkiem spora i każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Do wyboru mamy czerwienie, beże czy nawet fiolety, także od standardu do skrajności.


Odcienie, które posiadam to kolejno: 120 PETAL REBEL, 150 FAINT FOR FUCHSIA, 210 OH LA LILAC, 440 ORANGE ATTITUDE, 620 BARE TO BE BOLD i 720 MOCHA MUSE. Ten ostatni to najświeższy nabytek, który kupiłam w trakcie trwania słynnej promocji w Rossmannie (aczkolwiek przyznać muszę, że oferta -40% jakoś bardziej mi odpowiada, ale nie ma co narzekać).


Na powyższym obrazku widzicie zbliżenie na sztyft. Ich kolejność jest analogiczna do wcześniejszej fotografii. Odcienie wyglądają uroczo, prawda? ;)

120 PETAL REBEL: Standardowy, jasnoróżowy kolor. Daje dość neutralne wykończenie, idealny na dzień do delikatnych makijaży, nie rzuca się szczególnie w oczy.

150 FAINT FOR FUCHSIA: Nieco bardziej intensywny róż. Na ustach jest bardziej wyrazisty niż wcześniej opisywany kolor. Dalej jednak idealny na dzień, ładnie podkreśla usta.

210 OH LA LILAC: Sama nie wiem co sądzić o tym kolorze. To blady fiolet, liliowy. Boję się takich kolorów bo mam wrażenie, że wyglądają co najmniej dziwnie (żeby nie powiedzieć strasznie lub tandetnie), wiem jednak, że na pewno znajdą się amatorzy na ten odcień bo sam w sobie jest ładny, choć na mnie nie wygląda najlepiej.

440 ORANGE ATTITUDE: Piękny koral, chyba najczęściej używany ze wszystkich sześciu odcieni, które posiadam. Ładnie podkreśla usta i ożywia cały look.

620 BARE TO BE BOLD: Tego typu odcienie nude zawsze omijałam szerokim łukiem bo miałam wrażenie, że wyglądam jak topielec. Ten produkt jednak pozytywnie mnie zaskoczył, wygląda na moich ustach całkiem przyzwoicie. Daje ładne, naturalne wykończenie.

720 MOCHA MUSE: Kolejny nude ale w nieco bardziej intensywnym kolorze. Podkreśla mój naturalny kolor ust, kolejny ulubieniec z całej kolekcji, bardzo go lubię. Idealny na co dzień.


Powyżej możecie zobaczyć jak opisywane szminki prezentują się na ustach. Co sądzicie? Który odcień najbardziej przypadł Wam do gustu? Jak podoba się Wam takie wykończenie? Wolicie klasyczne szminki lub błyszczyki, czy takie rozwiązanie pomiędzy?

wtorek, 11 listopada 2014

Skruszony lód w odcieniu fioletu

Kilka dni temu przyszła do mnie paczuszka między innymi z nowymi produktami Sensique. Dostałam oczopląsu od brokatu w lakierach, które się tam znalazły. Nie miałam jednak pojęcia, jakie jest ich wykończenie. Jakież było moje zdziwienie jak po pomalowaniu moim oczom ukazała się słynna, piaskowa formuła. W sumie nie do końca wiem co o tym myśleć, ale sądzę, że wygląda całkiem dobrze, jak na piasek, za którym nie przepadam.

Dzisiaj zaprezentuję Wam jeden piaskowy lakier z kolekcji Sensique Art Nails. Tym razem będzie to odcień nr 192 VIOLET CRUSHED ICE.


Jak można zauważyć - nazwa tego odcienia jest bardzo trafna. Rzeczywiście wygląda jak kruszony lód w odcieniu fioletu. A w praktyce jak fioletowy brokat. Konsystencja bardzo przyjemna, dwie warstwy w zupełności wystarczą, żeby pokryć całkowicie płytkę paznokcia.


Pędzelek dość cienki ale nie sprawia problemów podczas aplikacji. Pozwala na precyzyjne nałożenie emalii. Lakier, jak to z piaskami bywa, wysycha zdecydowanie szybciej niż klasyczne, co jest dość ważne biorąc pod uwagę, że na tego typu produkt pozbawione sensu jest nakładanie topu przyspieszającego wysychanie.

A tak prezentuje się nasz piasek na pazurach.


Połysk jest naprawdę zdumiewający i na pewno będzie przykuwał uwagę innych. Choć nie przepadam za takim wykończeniem, tak to mi się podoba.


Piaski wraz z nadchodzącą zimą i okresem świątecznym wracają do łask. A Wam nie znudziło się jeszcze takie wykończenie? A może dopiero teraz Was nachodzi na tego typu lakiery? Koniecznie dajcie znać.

sobota, 18 października 2014

Jak być szczęśliwym, czyli osiem punktów na udane życie

Odkąd w moim życiu nastąpił niemały przełom, bardziej niż o kosmetykach, zaczęłam myśleć o tym, jak się uszczęśliwić i co naprawdę do tego stanu prowadzi i o tym mam właśnie mam chęć Wam napisać. To nie będzie jakiś uniwersalny poradnik, bo takiego raczej nikt nie stworzył, każdy ma własny przepis na szczęście, ale może uda się komuś coś podpowiedzieć w tej materii.

Mój przepis na szczęście składa się z kilku punktów, ich kolejność jest raczej przypadkowa, wszystkie są równoważne.



1. Pozbądź się problemów

W życiu każdego człowieka są pewne aspekty, które nie dają spokoju i sprawiają, że żyje z dnia na dzień, nie myśląc o swojej przyszłości, o swoim życiu. Kiepska praca, nieudany związek... Może warto coś zmienić i po prostu zrzucić z siebie ten ciężar? Choć na początku na pewno będzie ciężko, to po jakimś czasie naprawdę poczujecie ogromną ulgę i odnajdziecie w sobie niesamowicie ogromne pokłady energii, które zmuszą Was do działania, do pracy nad sobą i do osiągnięcia pełni życia. Uwierzcie, to naprawdę działa. I nie ma sytuacji, z których nie da się wybrnąć - wszystko się da, trzeba chcieć. Nie warto marnować siły i czasu na ciągnięcie za sobą kuli u nogi.


2. Podejmuj się nowych wyzwań

Nic nie daje takiej radości jak wyzwanie, które udało się wykonać. Kiedy stajecie u progu mega trudnej sytuacji i wahacie się czy dacie radę coś wykonać, powiedzcie sobie w myśli: Challenge accepted i działajcie, bo w końcu komu ma się udać, jak nie Wam? A jeśli się nie uda to czy rzeczywiście konsekwencje będą aż tak dramatyczne, że warto zdecydować o niepodejmowaniu wyzwania?

Pracując w firmie, w której aktualnie jestem zatrudniona, miałam umowę na czas określony i pracowałam tam w charakterze supportu. Logicznym więc było, że to rodzaj pracy tymczasowej i po ukończeniu projektu musiałabym szukać nowej posady. Pojawiło się jednak ogłoszenie w sprawie pracy u nas w firmie na nieco innym stanowisku, na stałe. W wymaganiach była umiejętność płynnego posługiwania się językiem angielskim. Ja jestem raczej techniczna niż lingwistyczna, ale pod wpływem namowy pewnej koleżanki zaaplikowałam... Okazało się, że szefowa działu sama chciała mi zaproponować dołączenie do jej zespołu. Przeszłam pomyślnie całą rekrutację i z moim kulejącym angielskim we wtorek będę witać szefostwo z USA, no bo challenge accepted.

Małe wyzwania też robią swoje! Jak każda głupia kobietka, katowałam się przeglądaniem profilu na FB pewnej osoby, co wprawiało mnie momentami w dramatyczny nastrój (czuję się jak gimbaza, haha!). Powiedziałam sobie, że czas dojrzeć i ustawiłam wyzwanie - trzydzieści dni bez wchodzenia na jego profil. I wytrzymałam, bez większego problemu. A w połowie tego czasu doszłam do wniosku, że w ogóle już nie jestem ciekawa co się u niego dzieje. Zaznałam spokoju ducha. Głupie, ale naprawdę daje sporo do myślenia.


3. Bądź wybredny przy doborze towarzystwa

Nasze życie tworzą przede wszystkim inni ludzie. Jak to ktoś kiedyś ładnie ujął - nasz charakter to wypadkowa pięciu osób, z którymi najczęściej się widujemy. Trudno się z tym nie zgodzić. Uważam, że warto inwestować w siebie, a skoro inni ludzie tworzą nas samych, to warto, żeby byli odpowiedni, żeby czuć się przy nich dobrze i swobodnie. Najgorzej to spotykać się z kimś tak z braku laku czy myśląc, że przecież już nikogo lepszego na swojej drodze nie spotkamy. Nie, nie, nie, ceńmy siebie, swój czas i wartość.


4. Odkrywaj siebie

Rozwijanie swoich pasji to podstawa, ale warto również odkrywać nowe, jeszcze dotąd niezbadane. Jako dziecko nienawidziłam chodzenia po górach. Kojarzyło mi się to z ciąganiem po górskich ścieżkach przez nauczycieli, marudzeniu, że bolą nóżki, siadaniem na środku drogi z fochem pt. Proszę pani, ja nie idę dalej!, poganianiem i innymi przykrościami. Moja przyjaciółka w miniony weekend namówiła mnie na wyjazd, z jeszcze dwoma kolegami, właśnie w góry. Kręcąc nosem poszłam do Decathlona kupić buty trekkingowe (bo oczywiście takowych nie miałam), żeby jeszcze bardziej tych gór nie znienawidzić i parę gadżetów, które miały umilić podłą, pełną kilometrów wędrówkę. I cóż się okazało? Że się zakochałam, padłam z zachwytu i mogłabym zrobić jeszcze drugie tyle wędrując szlakiem, nie wspominając już o znakomitym towarzystwie. Przyznam, że nie pamiętam kiedy miałam tak rewelacyjny weekend jak ten ostatni. I choć przez kolejne dwa dni miałam okrutne zakwasy, to nie martwiłam się nimi jakoś szczególnie, wręcz przypominały mi wspaniałe chwile, widoki i wszystko, co najlepsze. Sama wędrówka zaś wcale nie była taka męcząca - buty zrobiły robotę i wskakiwałam pod górę niczym kozica (siłka jednak coś dała, ha!).

Odkrywajmy siebie, poznajmy nowe przyjemności. Nigdy nie wiesz co pokochasz, co sprawi Ci prawdziwą przyjemność i przyniesie nic innego jak szczęście... :)


5. No risk, no fun

Kto nie ryzykuje, ten się nie bawi! I taka prawda. Ten punkt po części pokrywa się z numerem dwa, ale są pewne aspekty różniące oba. Mówię tu o zabawie czystej maści. Zastanawiasz się czy skoczyć na bungee, umówić z osobą, która namawia cię do szatańskich występków, poprosić tego przystojniaka na ulicy o numer telefonu... Kochani... No risk, no fum. Czasami naprawdę warto zaryzykować. Ryzyko daje kupę adrenaliny, którą wspomina się latami. Rób szalone rzeczy, ryzykuj i ciesz z efektów, Bo najgorzej żałować, że się nie spróbowało. Kosz czy kac moralny w końcu przejdzie, a myśli co by było gdyby już zawsze gdzieś tam będą się obijać o Wasz umysł, a o niego warto dbać i zaśmiecanie go jest zupełnie niepotrzebne.


6. Odświeżaj stare znajomości

Poznawanie nowych ludzi, to również jedna z podstaw, ale...

Wiadomo, że większość znajomych w naszym życiu szybko się pojawia, po czym znika, każdy idzie w swoim kierunku. A może warto nawiązać kontakt ze starymi znajomymi? Spotkać się? Po siedmiu latach napić wspólnie drinka, powspominać, poplotkować. No bo dlaczego nie? A może macie jakieś niewyjaśnione sprzed lat sprawy, które nie dają Wam spokoju i gdzieś tam jeszcze chodzą Wam po głowie? No to już, oczyszczać umysł... To naprawdę świetne spotkać się z kimś, zobaczyć jak się zmienił (albo i nie!), posłuchać co działo się w jego życiu.

W tym roku miałam kilka takich spotkań i wspominam je naprawdę bardzo miło.


7. Dbaj o siebie

Nic nie daje takiego komfortu jak wspaniałe czucie się we własnej skórze. Dobre zdrowie i uroda dodaje pewności siebie i sprawia, że możemy podbijać świat. Nigdy więcej marudzenia na sylwetkę czy na ogryzione paznokcie. Zrób wszystko, co w Twojej mocy by to zmienić. Naprawdę się da, wystarczy trochę samozaparcia, a efekty widać będzie od razu. Do tego raz na jakiś czas pozwól sobie na małe przyjemności, zakupy i... życie jest piękne!


8. Nigdy się nie poddawaj, a z porażek wyciągaj wnioski

Mam koleżankę, która nigdy nie krytykuje siebie za popełnianie głupich błędów. Kupi podkład w złym kolorze, czy zamówi niedobre spaghetti, zawsze tłumaczy to w bardzo prosty sposób: Przynajmniej wiem, żeby więcej tego nie brać. I w tym tkwi clou sprawy. Grunt to umieć wyciągnąć wnioski, by w przyszłości więcej ich nie popełniać, albo przynajmniej wiedzieć jak posprzątać bałagan, który utworzyły.


Rozpisałam się nieco, otworzyłam przed Wami. Mam nadzieję, że w komentarzach dopiszecie własne punkty i powiecie co myślicie o moich. Pamiętajcie, że każdy ma inny przepis na szczęście bo to sprawa bardzo indywidualna, ale warto zastanowić się nad sobą i zrobić wszystko, by zawsze być zadowolonym z siebie i z punktu, w którym aktualnie się znajdujemy w życiu, osiągnięć i ludzi wokół.

wtorek, 23 września 2014

Letni ulubieńcy 2014

W związku z tym, że dziś oficjalnie lato dobiegło końca i nastała znienawidzona przez wielu pora roku, czyli jesień, postanowiłam pokazać Wam moich ulubieńców minionej pory roku. I choć dłuższych wakacji nie miałam, to jednak starałam korzystać się z uroków słońca poza godzinami pracy i wyjeżdżając na krótkie wypady. Ale wracając do kosmetyków...

Swoją dzisiejszą litanię rozpocznę od przepięknego zapachu, który sprawiłam sobie jako prezent po pierwszej wypłacie, poza tym w Super-Pharmie swojego czasu była dość dobra cena, a zapach piękny, więc... Czemu nie?


Wspomniany zapach to Calvin Klein Euphoria Endless. Piękna, lekka woda toaletowa o kwiatowym zapachu, idealna na wiosnę i lato, głównie na dzień. Wypsikałam pół fiolki 40 ml ponieważ staram się oszczędzać tę uroczą mieszankę. Teraz rozglądam się aromatem na jesień, kusi mnie coś zdecydowanie mocniejszego i słodszego, z kwiatowymi nutami - jakieś propozycje?

Kolejnym, niepodważalnym w żadnym stopniu ulubieńcem tego lata była, pożądana przez wszystkie moje koleżanki (haha!) paleta cieni marki Urban Decay Naked 3.


Wierzci mi albo nie, ale gościła w mojej wakacyjnej torbie nawet podczas wyjazdu nad jezioro czy na działkę. Jest świetna, uniwersalna zarówno jeśli mowa o jakości samych cieni, jak i doborze kolorystycznym. Dla mnie strzał w dziesiątkę.


Do tego opakowanie jak dla mnie jest naprawdę bardzo trwałe i przeżyło każdą podróż. W minione lato prawie w ogóle nie używałam innych cieni, jedynie tych z palety UD. Chłodna tonacja idealnie pasuje do mojego typu urody.

Jeśli już jesteśmy przy makijażu, to nie mogę nie wspomnieć o moim odkryciu, które zaskoczyło mnie totalnie ponieważ dobre kilka miesięcy leżało na dnie pudełka z kosmetykami i w sumie nie spodziewałam się po tym produkcie żadnej rewelacji.


Mowa tu o Multifunkcyjnym BB kremie marki Lirene. Firmę Lirene bardzo lubię i cenię, aczkolwiek do pseudo BB kremów zawsze miałam dość sceptyczne podejście - dla mnie zwykle były to zwyczajne kremy tonujące, tylko pod innym szyldem. A jak jest z tym z Lirene? Jak dla mnie jest rewelacyjny. Jest lekki, ale jednocześnie kryje to, co ma kryć i gdyby nie dość ciemny kolor, to pewnie używałabym go przez cały rok. Pokuszę się o stwierdzenie, że to rzeczywiście jest krem BB.


Skóra po jego użyciu jest promienista, co stwierdziła nawet moja koleżanka z pracy, która zobaczywszy moją twarz natychmiast napisała na komunikatorze zapytanie jakiego podkładu używam (ach, te korpo-środki komunikacji, haha!). Na powyższym zdjęciu krem BB wydaje się dość jasny, niestety delikatnie się utlenia i sprawdza się jedynie na mojej lekko opalonej cerze. Do tego jest całkiem trwały. Gorąco polecam!

Lato to okres, kiedy nie kupuję prawie w ogóle kosmetyków kolorowych. Głównie z tego względu, że zużywam wszystko to, co jest dla mnie zbyt ciemne... Tak też się stało z korektorem marki Kobo Professional Modeling Illuminator (po lewej stronie) w odcieniu 02. Jak widać eksploatuję go dość namiętnie (spójrzcie na zakrętkę) ponieważ ładnie rozświetla cienie pod oczami, ale i kryje drobne niedoskonałości. Nie używam go tylko do rozświetlania, ale także do krycia, więc jest dość uniwersalny.


No i oczywiście Essence I love stage Eyeshadow Base, czyli baza pod cienie, której możemy również używać jako korektora. Sprawdza się dobrze w obu rolach.


Aplikatory jakie są, każdy widzi... Powyżej. Fajnie się nimi aplikuje produkt, a później rozciera palcami bądź innymi narzędziami. Generalnie polecam bo i cena za nie jest dość rozsądna, a sprawdzają się znakomicie.

Kiedy dni były naprawdę upalne bądź po prostu czekała mnie długa podróż, nie chciałam nakładać na swoją twarz żadnego podkładu, jedyne co sprawiało, że wyglądałam dobrze i tak samo się czułam, była odrobina korektora w najbardziej newralgicznych miejscach oraz mocno kryjący puder z Inglota AMC Pressed powder.


Sam puder nakładałam przy pomocy zwykłego, puchatego pędzla, więc dawał naprawdę naturalny efekt i przy tym dość dobrze krył i matowił cerę. Dodatkowo ewentualne poprawki w ciągu dnia nie sprawiały większych problemów. Jak dla mnie po prostu dobry produkt właśnie na lato. Czasami używałam go celem zmatowienia podkładu, wtedy jednak już w zdecydowanie mniejszej ilości.


Jego wadą jest to, że jest mało wydajny ponieważ ma bardzo miałką konsystencję. Podobnie sprawa się ma z jego bratem YSM Pressed Powder. Jak widać prawie go zużyłam, a korzystam z niego od nieco ponad miesiąca. Ale może taka domena pudrów nietransparentnych.

Na moich policzkach zaś, właściwie niezmiennie gościł róż (bronzer?), który gościł na wielu blogach i kanałach YT, czyli W7 Honolulu.


To z kolei produkt niesamowicie wydajny w ładnym odcieniu, który świetnie podkreśla opaleniznę. Mój zdecydowany faworyt (mojej siostry też, bo namiętnie go podkrada). Na pewno będę go używać cały okrągły rok, ale na lato wpasował się idealnie.


Do produktu dołączony jest jeszcze fajny, dość mocno spłaszczony pędzelek, który ułatwia konturowanie twarzy. Kosmetyk wart uwagi, zdecydowanie.

Zabijcie mnie, ale należę do grupy kobiet, która nienawidzi dbać o stopy... Na szczęście nie mam z nimi jakichś szczególnych problemów ale jeśli zakładam sandały i generalnie pokazuję je otoczeniu, należy doprowadzić je do porządku. Na szczęście ładny wygląd stóp można osiągnąć niekoniecznie szorując martwy naskórek pumeksem (to robiłam może z pięć razy w życiu)... Ja używam następujących wspomagaczy.


Najpierw Peeling Creme rossmannowskiej marki Fuss Wohl, który sam w sobie zawiera pumeks i całkiem dobrze ściera zrogowaciały naskórek pozostawiając skórę stóp przyjemną w dotyku. Następnie nakładam na stopy Pielęgnacyjny krem do stóp marki Exclusive Cosmetics, który otrzymałam na spotkaniu wrocławskich blogerek. Po takim szybkim pedicure stopy wyglądają o wiele lepiej, a także są pięknie odświeżone. Do tego ładny kolorek na paznokciach i śmiało można zakładać sandałki.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o moich letnich ulubieńców. Opowiedzcie coś o swoich! A może macie podobnych? Koniecznie dajcie znać.

poniedziałek, 22 września 2014

Macadamia Natural Oil - lekkość fal i loków

Większość moich czytelników zapewne wie, że jestem posiadaczką długich, gęstych i kręconych włosów. O tyle, o ile na dzień dzisiejszy jakoś udaje mi się je ujarzmić i sprawić by wyglądały całkiem nieźle, tak wciąż chętnie sięgam po nowe specyfiki dedykowane właśnie do loków, głównie do ich układania.

Jakiś czas temu odezwała się do mnie Pani Urszula ze sklepu internetowego Hairstore i zaproponowała mi kosmetyki do testowania. Dziś opiszę Wam działanie jednego z nich, a mianowicie Reviving Curl Cream marki Macadamia Natural Oil.


Kosmetyk zapakowany jest w tubkę z przyjemnym dla oka designem o pojemności 60 ml, która jest całkiem miękka i nie sprawia problemów z wydobyciem kremu z jej środka.

Prezentowany dziś produkt to krem do stylizacji loków z dodatkiem naturalnego oleju z orzeszków makadamia (swoją drogą te orzechy są przepyszne, próbowaliście kiedyś?). Ma piękny, dość naturalny zapach i lekką konsystencję, co nie zdarza się zbyt często - zazwyczaj kremy do układania loków są treściwe i kleiste (a jeśli znacie jeszcze jakieś lekkie produkty do kręconych włosów, dajcie proszę znać).

Używanie go jest bardzo przyjemne ponieważ pięknie wygładza włosy i delikatnie podkreśla loki. Z góry jednak uprzedzam, że jeśli chcecie podkreślić skręt, to musicie mieć co do niego naturalne predyspozycje. Ten produkt jest zbyt lekki, aby utworzyć fale na włosach prostych (a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie).


Jeśli jednak chcecie mocno podkręcić Wasz skręt, to niestety ten produkt tego nie zrobi, jedynie lekko je wygładzi i podkreśli. Mi jednak jego formuła bardzo odpowiada, ponieważ w ogóle nie skleja włosów, więc do używania na co dzień, głównie po umyciu, na jeszcze mokre włosy, sprawdza się znakomicie. Bardzo się polubiliśmy.

Żałuję jednak, że otrzymałam jedynie 60 ml tego specyfiku, chętnie zakupię kolejną tubkę o większej pojemności (widziałam w Internecie, że można zakupić aż 250 ml) ponieważ moje włosy bardzo polubiły się z tym specyfikiem, także polecam wypróbować.

Koszt prezentowanego produktu to 23,50 zł. Jak dla mnie trochę za drogo, jak na taką objętość, ale wciąż cena nie jest jakaś zawrotna, więc można wypróbować działanie i pokusić się ewentualnie o większą butlę, która zdecydowanie bardziej się opłaca, ewentualnie pobuszować po zagranicznych sklepach.

A Wy używaliście kiedyś produktów tej marki? Możecie coś jeszcze polecić do układania loków?

niedziela, 21 września 2014

Jesień w odcieniu malachitu

Jesienny nastrój ogarnął mnie już na dobre. Włączając w to oczywiście przeziębienie i jesienną chandrę. Postanowiłam jednak umilić sobie humor i zrobić świeży manicure. Tym razem użyłam pięknej, przydymionej zielni z delikatnym, jasnozielonym shimmerem.

Lakier ten otrzymałam na spotkaniu blogowym we Wrocławiu, które odbyło się wraz z ostatnim dniem marca tego roku. Wygrzebałam go wczoraj, gdy zastanawiałam się co tym razem zagości na mej płytce.


Prezentowany lakier pochodzi z kolejkcji Be chic! marki Mariza. Nie wiem dokładnie jaką ma nazwę ponieważ nigdzie na buteleczce nie widzę takiej informacji, ale w Internecie wygrzebałam, że jest to MALACHITOWY.


Pędzelek całkiem przyjemny w obsłudze i choć wolę te z zaokrąglonymi brzegami, to ten jest bardzo dobry i wspomaga precyzyjną aplikację. Do tego jest odpowiednio elastyczny i nie wyłażą z niego dodatkowe włoski, jak to czasami ma miejsce w przypadku tańszych lakierów,

Sam odcień jest po prostu ładny, ale jakoś szczególnie mnie nie uwiódł. Ot taka zieleń na jesień. Zdecydowanym plusem jest to, że widać zielonkawy shimmer, dzięki czemu emalia pięknie się błyszczy. Lakier jest dobrze napigmentowany, choć przy pierwszej warstwie miałam wrażenie, że jest zbyt wodnisty, przy drugiej jednak już cała płytka była pięknie pokryta.


A tak prezentuje się na paznokciach - całkiem ładnie i elegancko. W rzeczywistości jednak jest bardziej zielony niż morski. Generalnie jestem z niego zadowolona i chętnie wypróbowałabym jeszcze jakiś lakier z tej serii.

Dodam jeszcze, że to pierwszy lakier marki Mariza, który przyszło mi testować, także tym bardziej jestem ciekawa czy inne są równie dobre. A Wy co sądzicie o lakierach tej firmy? Możecie polecić jeszcze jakieś?

czwartek, 28 sierpnia 2014

Subiektywny przegląd nieodpowiednich zachowań randkowych

Dzisiejsza notka (bo baaardzo długiej przerwie zresztą, za co od razu Was przepraszam) nie będzie dotyczyła kosmetyków, urody, ciuchów... Mało tego, będzie przeznaczona w zasadzie dla mężczyzn, którzy choć zapewne nie odwiedzają mojego bloga, to może w jakiś magiczny sposób natkną się na ten tekst, a dziewczyny będą mogły podzielić się własnymi doświadczeniami. Dodam jeszcze, że nie chcę w żaden sposób przekształcać tego bloga w poradnik damsko-męski, a poniższa treść jest jedynie moim subiektywnym przeglądem i nie każdy musi się z nią zgadzać.



Przejdźmy jednak do rzeczy... Odkąd było mi dane być singielką, przeżyłam już kilka randek, z kilkoma facetami. Jedne były lepsze, inne gorsze, co też zainspirowało mnie do napisania niniejszego tekstu. Jeśli jakikolwiek mężczyzna, który był ze mną na takowym spotkaniu to przeczyta (choć szanse marne bo żaden nie wiedział, że prowadzę bloga), to z góry informuję, że każda z tych znajomości była dla mnie miłym i ciekawym doświadczeniem, a panów będę wspominać z uśmiechem na twarzy... :)

Poniżej przedstawiam subiektywny przegląd błędów, jakie mężczyźni popełniają na pierwszych randkach. Gotowi?


1. Nieodpowiednia wizualizacja

Zacznijmy może od najmniej szkodliwego błędu (przynajmniej według mnie), czyli od wyglądu. Wszystko tak naprawdę zależy od miejsca, do którego się wybieracie, ale na pierwszy raz, według mnie, warto wybrać coś nieoficjalnego, żeby można było się swobodnie ubrać. Mężczyźni jednak mają tendencję do mocnego przesadzania w jedną lub w drugą stronę. Mega luźne spodnie, przybrudzone bluzy z kapturem i rozchełstane buty to naprawdę nie jest strój, który zrobi na kobiecie wrażenie. Z drugiej jednak strony koszula wsadzona w spodnie, która niekoniecznie jest zapięta do samej góry, przez co eksponuje owłosienie (lub brak!) klatki piersiowej, do tego pikolaki, włosy na żel i hektolitry mocnych, męskich perfum również nie sprawią, że ugną się pod nami kolana. Drodzy Panowie, każda skrajność jest zła i powoduje, że kobieta czuje się zdezorientowana i w zasadzie nie może skupić się na poznawaniu Waszej osobowości.

Sama jestem szczególnie wrażliwa na ilość perfum. Fajnie jak mężczyzna ładnie pachnie, ale jeśli ten zapach jest w odpowiedniej ilości, a nie świdruje w nosie za każdym razem gdy łapię oddech. Wtedy mam wrażenie, że dostaje się wprost do mojego gardła i uporczywie drapie tak długo, dopóki nie oddalę się od owego osobnika na co najmniej sto metrów. A i nawet wtedy zdarzało mi się czuć ten zapach, nie mówiąc już o tym, że czasami nawet moje ubrania nasiąkały wonią. Ponadto kobiecie niezręcznie, gdy nie czujesz jej ukochanych perfum, które ma na sobie, i których użyła specjalnie po to, by Ci się przypodobać.

Jaki wniosek? Wszystko z rozwagą!


2. Złe miejsce

Może to, co napiszę będzie wydawało się dla niektórych dziwne lub śmieszne, ale naprawdę uważam, że na pierwsze spotkanie nie powinno się chodzić, by coś jeść. Warto pójść na kawę lub drinka, ale nie na jedzenie. Dlaczego? Niestety większość kobiet czuje się niezręcznie w sytuacji, gdy ktoś patrzy na nią podczas spożywania posiłku. Nie mówiąc już o kompleksach pt. Boże, jestem za gruba! Co on o mnie pomyśli jak zobaczy, jak jem?! Przecież ja nie jem! Ja się odchudzam! Często takie imprezy kończą się tym, że mężczyzna zamawia porządne danie, a kobieta marną sałatkę bądź szklankę wody czy filiżankę herbaty i obserwuje z ociekającą ślinką, jak mężczyzna zajada ze smakiem tłuste frytki i kawał mięcha.

Kolejnym kontrargumentem jest obawa kobiety przed ubrudzeniem ulubionej sukienki bądź zepsuciem makijażu. Co jeśli frytka spadnie na nowe, pierwszy raz wetknięte na tyłek spodnie bądź co gorsza na jasną bluzeczkę robiąc paskudną plamę w okolicach biustu? I do końca randki będzie myśleć o tym, że widać obrzydliwy, tłusty ślad. I tak, jedzenie może zepsuć idealny make-up - zjedzona i rozmazana szminka czy błyszczyk to nie szczyt komfortu dla niewiasty.

Niektórzy mają również problemy z trawieniem i po jedzeniu czują się ociężali, i najchętniej położyliby się spać. Nie chcecie chyba ryzykować, że panna Wam zaśnie bądź zacznie myśleć tylko o tym, kiedy znajdzie się w domu i będzie mogła się swobodnie załatwić (:D)?

Kino... Kino to zło na pierwszej randce! Dlaczego? Jest kilka powodów. Pierwszy i najważniejszy to fakt, że nie możecie swobodnie rozmawiać i poznawać się wzajemnie, a przecież właśnie do tego służą pierwsze spotkania. No i drugi - nie możesz podziwiać jej idealnego stroju i skrupulatnie wykonanego makijażu bo jest zwyczajnie ciemno. Trzeci - najczęściej kobiece gusta rozmijają się z tymi męskimi i gdy Ty z zapartym tchem będziesz podziwiał kolejny wybuch, ona będzie zastanawiać się kiedy to dziadostwo w końcu się skończy.

Wino na górce. O tyle, o ile jestem otwarta na spożywanie trunków wszelakich na łonie natury, pośród śpiewu ptaków, z dala od mieszczańskiego gwaru (albo tuż obok), tak randkowanie w takich okolicznościach jest dość kłopotliwe. Tak, zdarzyło mi się być na takowej i wcale nie był to romantyczny piknik (choć wino dobre, nie powiem). Dodam jeszcze, że tłumaczenie chłopaczyny było wzruszające – Bo nie miałem pieniędzy, żeby zabrać cię do knajpy. Rozumiem problemy finansowe, ale dwa piwa albo dwie kawy w przytulnej knajpce kosztowałyby tyle samo co wino, a i efekt byłby zupełnie inny.


3. Słodzenie

To coś, czego szczerze nienawidzę i mam ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie, gdy zaczynają się słodkie poematy. Mój ulubiony tekst pochodzi od jednego faceta i brzmiał on mniej więcej tak: Chciałbym zobaczyć cię biegnącą w lnianym stroju w wysokiej trawie. Naprawdę, nie wytrzymałam i parsknęłam oszalałym śmiechem. Drodzy mężczyźni, na wartościowe kobiety naprawdę nie działają takie wynurzenia, sprawiają tylko, że czują się zażenowane i zawstydzone. Gdy po raz setny słyszę takie bzdury otwarcie informuję mojego rozmówcę, że chyba zaraz dostanę cukrzycy, w bardziej ekstremalnych sytuacjach, że za chwilę będę rzygać tęczą.

Oczywiście komplementy są mile widziane, ale wystarczy Pięknie wyglądasz zamiast rozrzewniania się nad urodą i charakterem. Wszelakie Dawno z nikim nie było mi tak dobrze brzmią naprawdę sztucznie po krótkim czasie znajomości bo przecież jeszcze się nie znamy tak dobrze, by wysuwać takie wnioski.

Mocno irytująco działają na mnie przytulanki i buziaki na siłę. Jeśli jeszcze nie znamy się zbyt dobrze, warto zachować własną tak zwaną bańkę prywatności. Przecież jeszcze nie wiesz nawet czy ona będzie miała ochotę spotkać się z Tobą ponownie, a Ty już się lepisz! Po prostu spróbuj wyczuć czy ona tego chce.

Jestem kobietą dość konkretną, która lubi jak traktuję się ją z powagą. Sądzę, że większość dziewczyn tak ma, że nie lubi gdy ktoś traktuje ją jak małe dziecko. Byłam całkiem niedawno na pewnym spotkaniu, z facetem, który jest naprawdę inteligentny i sympatyczny, ale mnie traktuje jak małe dziecko, dosłownie. Spędziliśmy ze sobą dość sporo czasu, więc i noc nas zastała. W związku z późną godziną, mój organizm zaczął powoli domagać się snu, więc kilka razy zdarzyło mi się dyskretnie ziewnąć. Niestety trudno to opanować. I za każdym razem gdy wykonywałam tę czynność słyszałam słodkim głosikiem: Ojojku, chce ci się spatulać? Ojoooj... Jeszcze przeżyłabym, gdyby taki tekst pojawił się jednorazowo, ale niestety... Moja randka potrafiła przerwać mi bądź sobie (!) w pół zdania rozczulając się nad moim ziewaniem. Czułam się zażenowana.


4. Zbytnia bezpośredniość

W opozycji do słodzenia jest bezpośredniość, taka dosadna. Dzielenie się swoimi doświadczeniami (głównie w sferze intymnej) to naprawdę nie jest coś, czego kobieta chciałaby słuchać, zwłaszcza używając bardzo dosadnych słów, których używać nie będę bo ktoś jeszcze poczuje się urażony moją bezpośredniością i wyjdę na hipokrytkę. Mówcie co myślicie, nie udawajcie nikogo, ale filtrujcie przekazywaną wiedzę bo nigdy nie wiecie, jak zareaguje na to kobieta. Jedne mają mniejszą, drugie większą tolerancję, ale lepiej zakładać to pierwsze, tak na wszelki wypadek.

Powyższe tyczy się głównie panów mających tendencję do głośnego mówienia i specyficznego tonu głosu, który słyszy każdy przechodzień, co potęguje niepożądany efekt zażenowania, wstydu i natłoku myśli: Chcę uciec!



Jak już wcześniej wspomniałam – to mój subiektywny przegląd. Nie musicie się z tym zgadzać, ale musicie dorzucić własne spostrzeżenia na ten temat. Czekam na komentarze i dzielenie się doświadczeniami!

czwartek, 17 kwietnia 2014

Wiosenne zmiany w kosmetyczce i szafie

Wszyscy z utęsknieniem czekaliśmy na wiosnę. Teraz czekamy, aż ta wiosna w końcu nadejdzie w pełni - z cudownym słońcem, które umożliwi schowanie kurtek wysoko na strych i zastąpienie ich krótkimi rękawkami i zwiewnymi sukienkami... W związku z nadejściem nowego sezonu także i w mojej kosmetyczne (uwaga, oraz w szafie, ha!) przybyło nieco nowości. Dziś zaprezentuję Wam ich pokrótce.

Podczas ostatniej rozmowy kwalifikacyjnej, która poszła dla mnie bardzo pomyślnie, postanowiłam odpowiednio się nagrodzić! Zaszłam do Hebe, a tam promocja na perfumy, na które długo się czaiłam... Jesus Del Pozo Halloween Fleur.


Już od dawna postanowiłam, że to będą jedne z perfum na okres wiosenno-letni i tak się właśnie stało. Zimą męczyłam wersję Kiss, która również uroczo pachnie. To woda toaletowa dla tych, którzy lubią kwiatowe, lekkie zapachy. Ja jestem totalnie kwiatowa, więc to coś zupełnie dla mnie.

Na ostatnim spotkaniu blogerek we Wrocławiu otrzymałyśmy drobny upominek od firmy Yves Rocher - wodę micelarną oraz serum na rozszerzone pory - Sebo Vegetal.


Jak dla mnie produkt bardzo dobry, lecz nieekonomiczny. Użyłam go kilka razy i zużycie już jest bardzo widoczne (chyba, że podbiera mi go moja siostra, o czym nie wiem!). W każdym razie naprawdę świetnie zwęża pory i minimalizuje świecenie się w strefie T. Idealny produkt na cieplejsze dni. Lekki, szybko się wchłania. Jestem zdecydowanie na tak.

Mój tato pojechał na krótką wycieczkę do USA. Nie obyło się bez prezentów. Zażyczyłam sobie legendarną i wyczekiwaną w Polsce paletkę Urban Decay Naked 3. Mimo że mam w swoich zbiorach mnóstwo cieni, tak te są niezastąpione!


O marce i jakości pisać nie będę zbyt wiele bo recenzji na blogach jest całe mnóstwo no i zapewne wszystkie wiecie o co tu chodzi... Cienie do powiek są bardzo dobrej jakości, pięknie się rozcierają, mieszają i są trwałe.


Z tego, co wiem paleta niestety jeszcze nie jest dostępna stacjonarnie w Polsce, ale wkrótce to zapewne nastąpi. Jeśli ktoś wie coś na ten temat bądź widział już w jakiejś Sephorze tę paletę, to proszę o informację w komentarzu!

I teraz coś, co raczej rzadko tutaj prezentuję, a mianowicie... Ubrania! Przyznam się bez bicia, że mój zakupoholizm kosmetyczny powoli zaczął zmieniać się w zakupoholizm ubraniowy. Widocznie kosmetyków mam aż nadto, stąd ta mała zmiana. W każdym razie ostatnio mijałam Reserved i nie mogłam oprzeć się jednej jeansowej ramonesce...


Co prawda mam już jedną katankę z New Looka, ale ta na tyle mnie urzekła, że bez zbędnego zastanawiania się powędrowałam z nią do kasy. Poza tym ma całkiem ciekawe zapięcie z przodu (nie wiem jak to się fachowo nazywa) i fajny nadruk z tyłu. Same zobaczcie.


Uwielbiam ćwieki, klamry i inne tego typu ozdobniki, dlatego kurtka bardzo wpasowała się w mój gust. No i jest idealna na wiosnę - nawet do sukienki albo spódnicy.

Będąc w Galerii Dominikańskiej nie mogłam przejść obojętnie również obok C&A. Tam ujrzałam cudowną spódniczką, co do której początkowo podeszłam dość sceptycznie. Wzór i materiał podobał mi się na tyle, że powędrowałam do przymierzalni.


Okazało się, że moja figura zmieniła się na tyle, że w owej spódnicy wyglądałam całkiem dobrze - mimo jej długości i kroju. Będzie idealna na już naprawdę cieplejsze dni.


I to by było na tyle jeśli chodzi o wiosennych nowościach w mojej kosmetyczce i szafie. A Wy co zmieniłyście w swoim stylu w związku z nadejściem wiosny?

wtorek, 15 kwietnia 2014

Po paznokci niemalowaniu przyszedł czas na różowe poruszenie!

Moje paznokcie od dłuższego czasu niestety nie miały się najlepiej. Zmienne warunki atmosferyczne, a także brak nakładania na nie czegokolwiek sprawiły, że ich stan był opłakany. Ja jednak w owym czasie stawiałam na poprawę innych części mojego ciała, ale ostatnio zatęskniłam do seksownych, kobiecych pazurków... Poza tym od marki Kobo otrzymałam do testów kilka sztuk ich najnowszych lakierów, więc trudno było mi się powstrzymać... Prezentowany dziś odcień to Kobo Color Trends nr 137 ANEMONE.


To urocza koralo-malina, która będzie odpowiednia dla większości karnacji. Jest piękny i wesoły, choć na pewno nie jakoś szczególnie oryginalny, bardziej klasyka, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mi przypadł do gustu zarówno ze względu na konsystencję, jak i trwałość. Lakiery marki Kobo dość długo utrzymują się na płytce, pod tym względem jeszcze na żadnym się nie zawiodłam.


Do tego przyjemny w użyciu pędzelek i malowanie to prawdziwa przyjemność. Raz-dwa i pazurki gotowe, uwierzcie. Cenię sobie takie rozwiązania, choć posiadaczki bardzo wąskiej płytki mogą narzekać, choć wbrew pozorom włosie nie jest takie szerokie, jak mogłoby się wydawać.

Do pełnego krycia potrzebujemy dwóch warstw.


Jak widzicie moje paznokcie aktualnie są dość krótkie i skórki nieco suche, ale jakoś je ratuję kremami i innymi cudami, także z dnia na dzień jest coraz lepiej.


A Wam przypadły do gustu lakiery z Kobo? Dodam jeszcze, że możecie je kupić w Drogeriach Natura, które dostępne są na terenie całej Polski. Kosztują ok. 10 zł. Ja generalnie polecam.

PS Mam do Was małe pytanie... Może ktoś z Was będzie się orientował. Mam konto na Imageshack, gdzie wrzucam swoje zdjęcia i fotografie dostępne tutaj są podlinkowane właśnie przez ten serwis. Niestety Blogger wyświetla je w kiepskiej jakości. Jak to zmienić? Z autokorektą już próbowałam...

wtorek, 8 kwietnia 2014

Relacja ze spotkania blogerek we Wrocławiu!

Obiecałam Wam relację ze spotkania blogerek we Wrocławiu już wczoraj, a piszę dopiero dzisiaj. Ech, zła dziołcha ze mnie, niezdyscyplinowana! :P Ale nadrabiam zaległości.

Dnia 29.03.2014 r. w Grand Cafe we Wrocławiu odbyło się spotkanie blogerek urodowych. Była nas całkiem niezła gromadka. A oto blogerki, które brały udział:


Wszystkie Was super było zobaczyć na żywo i zamienić parę słów :). Co do samego spotkania, to w części oficjalnej gościliśmy kilku przedstawicieli różnych marek, którzy udzielili nam informacji odnośnie samych kosmetyków i ich właściwości, a także przedstawili aktualną ofertę firmy.

Nieoficjalna część to oczywiście drinki, piwka, jedzenie i przepyszny tort, który zaskoczył nas wszystkie! O tyle, o ile sama za tego typu wyrobami nie przepadam bo zwykle smakują jak bita śmietana z dodatkiem plastiku, tak boski blogerski tort przypadł mi do gustu jak żaden inny! ;)

No to teraz czas na kilka fotek, które wykonał brat Daguszki towarzysząc nam przez większość spotkania.







Wypada również wspomnieć o sponsorach spotkania, czyli darczyńców kosmetycznych i innych dobroci, które umilały nam spotkanie! :)


I oczywiście mały rzut na część prezentów, które mi się ostały, których nie ukradła mi mama albo siostra, ha! No i także moi faworyci pośród wielu.




Dodatkowo chciałabym podziękować Daguszce oraz Dominice za zorganizowanie tak fajnego spotkania! :)